Beppino Lorenzet, rzeźbiarz w kapeluszu alpejskim

Talent to iskra, która zamienia oczywistość w sztukę. Pnie drzew i kloce drewna porzucają swój naturalny kształt i opowiadają nową, poruszającą historię. Ta historia i nasz talent rodzą się w Valbellunie, tam gdzie Terche i Ardo wpadają do Piawy, pod uważnym spojrzeniem Dolomitów.

Beppino Lorenzet wręcza ks. Bruno Fasaniemu swój rzeźbiony kapelusz alpejski
Beppino Lorenzet wręcza swój wyrzeźbiony w drewnie kapelusz alpejski księdzu Brunowi Fasaniemu

To tutaj Beppino Lorenzet wdycha pierwsze łyki chłopskiego życia, z którego wychwytuje esencję przenikającą później jego sztukę – i od którego jednocześnie nie może się doczekać, by uciec daleko. Dla młodego Beppina bieganie jest jedynym sposobem oddalenia się od rzeczywistości, której nie czuje jako swojej: „Rodzina nie mogła mi zapewnić wielkich możliwości nauki. Sport był dobrym rozwiązaniem, a góry były o krok”.

Pot i przebiegnięte kilometry wyniosły go do rangi zawodowego sportowca i powoli przesunęły ku dwudziestce. Nadszedł czas służby wojskowej. Ochrzcili go alpinem, wysyłając do ośrodka szkolenia w L’Aquili, do brygady Julia, potem do grupy sportowej w Teramo, a po trzech miesiącach przenieśli bliżej domu, do rejonu Belluno. Po zakończeniu czternastu miesięcy służby – trzęsienie ziemi we Friuli wydłużyło pobyt – grupa alpinów z Mel przyjęła go z otwartymi ramionami i… znów kazała mu biegać, w górach. Dwa srebra w 1979 roku na mistrzostwach krajowych stowarzyszenia, brąz w 1980, w roku wielkiego doświadczenia maratonu nowojorskiego, a w 1984 złoto – pierwsze zdobyte dla sekcji Belluno w sztafetowym biegu górskim, sukces powtórzony dwa lata później.

Pomnik poległych w Zelant koło Mel
Pomnik poległych w Zelant (Mel – Belluno – Wenecja Euganejska – Włochy)

Tymczasem drugi jego wielki talent, rzeźba, zaczął narzucać się nieodparcie. „Właściwie od dziecka czułem w środku, że chcę być rzeźbiarzem; zbierałem małe kawałki drewna różnych gatunków i próbowałem wychwycić ich właściwości”. Na początku jego nauka to mnóstwo prób i wielka pasja, a potem dobra dydaktyka. „Niektóre moje prace powstają jednym rzutem, w innych zaczynam od stolarki i idę dalej bez szkiców, jeszcze inne przygotowuję, rysując ręcznie na desce, jak tę…”. To historia zapisana w drewnie, naładowana symbolami przywołującymi zapachy, wonie i wrażenia. I naprawdę wydaje się, że oko potrafi przechwycić wszystkie pozostałe zmysły, żeby odkryć najgłębsze znaczenia dzieła. W innej pracy są dzieci grające w piłkę, a figury zdają się tak bardzo w ruchu, że płynność działań wyczuwa się w drewnie.

Widać to także w niektórych rzeźbach kobiecych, jak „Kanadyjska baletnica”, elegancko wysmukła, uchwycona w trakcie ruchu. Ale tematy są najróżniejsze, wszystkie przeniknięte niepodważalną oryginalnością: od zdeformowanych ciał z twarzami przeszytymi cierpieniem, przez szczerzące zęby diabły, po dzieła sakralne, jak przejmująca twarz Wniebowzięcia czy tablice Drogi Krzyżowej wyrzeźbione dla kościoła w jego miejscowości. Lorenzet przygotowuje modele głównie do pomników, realizowanych w marmurze i w brązie w odlewni, bo „rzeźbiarz nie może być uwarunkowany materiałem, lecz musi wydobyć ideę”. A idea narzuca się z mocą w jego pięknym dziele związanym z alpinami, „Vedetta del Bòz”. „Podmuch wiatru – opowiada Lorenzet – przechylił nad drogę wielkie drzewo, a ja powiedziałem właścicielowi: »Może odetniemy czubek i zrobimy z niego rzeźbę?«”. Rusztowanie, piła łańcuchowa do zgrubnej obróbki i dłuto: w tydzień alpin był gotowy. Chroniony peleryną wznosi się okazały i surowy, jako „wierny bastion naszych stron”.

Obok kościółka alpinów w Zelant stoi inna jego praca, wykonana w brązie w hołdzie poległym. Porzucony płaszcz rozłożony na ziemi, but z zardzewiałą klamrą i bukiet słoneczników. Nad wszystkim góruje zdanie Tukidydesa: „Zło nie należy tylko do tego, kto je czyni: należy także do tego, kto mogąc mu zapobiec, nie zapobiega”.

To temat bliski Lorenzetowi i odnajdujemy go także w jednej z ostatnich prac, wykonanych na stulecie Monte Grappa w pobliżu schroniska Bocchette. Czaszka oparta na gigantycznym krześle, upominająca „możnych tego świata, którzy siedząc na swoich stołkach, wywołują tylko śmierć”. Przez lata Lorenzet brał udział w licznych konkursach, zebrał aż 22 pierwsze nagrody i zawiózł swoją sztukę na cały świat: do Stanów Zjednoczonych, Brazylii, Meksyku, Japonii. Był nawet w Szwecji, żeby rzeźbić w lodowym hotelu w Kirunie.

Ale Beppino jest pełen niespodzianek i opowiada, że pracował także w Egipcie: „W 2010 roku wygrałem konkurs europejski i pojechałem uczyć do Kairu, do Aleksandrii i do Damietty. Zacząłem tę przygodę niemal dla żartu; pytali mnie: »Znasz angielski?«. »Oooo, i to jak!«, odpowiadałem, i doszedłem do finału z Finem, ale na końcu wybrali mnie”. W Egipcie miał za zadanie przeprowadzić szkołę miejscowych snycerzy od baroku do nowoczesności i perspektywy, żeby była bardziej konkurencyjna na rynku europejskim. „Doprowadziłem ich do prac bardziej stylizowanych, zawsze z poszanowaniem ich religii, która zakazuje odwzorowywania postaci ludzkich: zaakceptowali na przykład przedstawienie oka. To były czasy Mubaraka. Ale w 2011 roku, po sześciu miesiącach w krainie piramid, wybuchła wojna domowa. Musiałem uciekać, a wraz z Bractwem Muzułmańskim wróciły zakazy”.

W ostatnich latach Beppino wybrał nauczanie i chęć przekazywania wiedzy młodszym. „Dano mi do zrozumienia, że nie mam szans wygrać konkursu w Szkole Drewna w Sedico z powodu wykształcenia, które nie było odpowiednie. Ale moja praca, wszystkie nagrody i konkursy, które wygrałem, dały mi punkty. I tak się udało!”.

Dziś uczy 150 uczniów z wielu klas i stworzył szkołę na swój obraz. „Wielu pyta mnie, jaka jest różnica między rzemiosłem a sztuką? Ja nigdy nie robiłem wielkiej różnicy, bo najpierw trzeba być rzemieślnikiem, a dopiero potem rzeźbiarzem i artystą. Niektórzy mówią, że rzemiosło jest użyteczne, a sztuka zbędna. Ale rzemiosło w architekturze staje się wzornictwem, a więc formą wyrazu artystycznego…”. „W każdym razie jestem i czuję się wyłącznie rzeźbiarzem… z kapeluszem alpejskim w sercu”.

(Artykuł Mattea Martina, opublikowany w numerze z maja 2015 pisma L’Alpino)

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.