BYŁEM TEŻ PIERWSZYM WŁOCHEM, KTÓRY WYGRAŁ W KITZ, W 1998 ROKU, ALE NIC NIE MOGŁO DORÓWNAĆ EMOCJI ZWYCIĘSTWA NA DOMOWEJ TRASIE I NA MOIM ŚNIEGU.
Jak dobrze policzyć, minęło 30 lat. Ale mnie się wydaje, że to było wczoraj. To był mój pierwszy rok na wysokim poziomie. Rok mojej eksplozji. Wtedy sezon zaczynał się zawsze dwoma zjazdami, a ja wystartowałem znakomicie, z dwoma podiami, praktycznie jako nieznany. Tak trafiłem w przeddzień Kitz na czoło klasyfikacji generalnej. Nie istniał jeszcze czerwony numer startowy, ale byłem przed wszystkimi. To był mój pierwszy raz w Kitz, a to wystarczy, żeby postawić w gotowość każdego narciarza na świecie, także dzisiaj. W dodatku był to sezon pięćdziesiątych urodzin trasy i oczekiwanie na zawody sięgało zenitu.
Śniegu było bardzo mało, ale zrobiono, co się dało, żeby jednak pojechać. Trzeba było zjechać za wszelką cenę. Wymyślono więc krótszy zjazd, ale rozgrywany w dwóch przejazdach, w których sumowano czasy, jak w gigancie. Rzecz raczej niespotykana, ale wiadomo, że w Kitz potrafią wszystko. Podczas pierwszego przejazdu straciłem równowagę i upadłem. Sunąłem po śniegu, przebiłem siatki i uderzyłem w stalową linę. Trafiłem w nią tuż pod pachą, na szczęście, bo gdybym dostał w szyję, skończyłoby się gorzej. Przy uderzeniu złamałem dwa żebra, a do tego cios wystrzelił mnie jak sprężynę i walnąłem głową o ziemię, co spowodowało wstrząśnienie mózgu.
Lekarze powiedzieli, że przez co najmniej miesiąc mam grzecznie odpoczywać, ale przyjąć to, gdy masz dwadzieścia lat i prowadzisz w klasyfikacji, nie jest wcale proste. Opuściłem dwa kolejne starty w Val d’Isère. Zimą 1990 śniegu brakowało niemal wszędzie i niewiele ośrodków mogło zagwarantować odpowiednią trasę.
Cortina, mój dom, zgłosiła się – z powodzeniem – do organizacji jednego z zawodów do odrobienia i ta wiadomość wprawiła całą miejscowość w drżenie. Pucharu Świata mężczyzn nie było od lat i najwyższy czas, by wrócił w nasze góry. Zacząłem dzwonić do wszystkich lekarzy, których znałem, byle tylko któryś dał mi zgodę na start. Od mojego wypadku minęło zaledwie 15 dni, ale ja absolutnie nie mogłem tego opuścić. Mówiłem wszystkim, że czuję się świetnie i nic mnie nie boli, choć oczywiście nie była to prawda.
Nudziłem tak długo, aż nie mogli zrobić nic innego, jak powiedzieć „tak”. Wygrałem te zawody i jest to z pewnością mój najpiękniejszy triumf w ogóle. Nie do dorównania. Byłem też pierwszym Włochem, który wygrał w Kitz, w 1998 roku, ale nic nie mogło zrównać się z emocją zwycięstwa na domowej trasie i na moim śniegu.
Włoska prasa rozdmuchiwała moją historię, tworząc porównania z przeszłością, jak zawsze, gdy pojawia się młody wschodzący zawodnik, a ja walczyłem z podniesioną głową z wielkimi nazwiskami epoki, ludźmi, którzy przeszli do historii. Stara gwardia zjazdowców magicznego okresu: Zurbriggen, Heinzer, Höflehner. Tego dnia wokół trasy było tylu ludzi, że przypominało to bardziej karnawał w Rio niż zawody Pucharu Świata w narciarstwie.
Był to triumf dla wszystkich i pamiętam, że przysłali nawet orkiestrę, żeby grała pod moimi drzwiami na cześć zwycięstwa. To nie jedyne piękne wspomnienie, jakie mam. I nie jedyne moje zwycięstwo. Ale jest wiele powodów, dla których tamten dzień jest najbardziej wyjątkowy ze wszystkich. Na tych górach ja dorastałem. Na tych stokach było całe moje dzieciństwo, ukryte wśród zagajników i świeżego śniegu, gdzie jeździło się poza trasą. Wszystko, co ważnego mi się przydarzyło, przydarzyło się tam.
Dom mojej rodziny stał na stoku, w stronę Tofan, i mogłem zakładać i zdejmować narty wprost przed drzwiami. Rodzice nigdy nie pozwolili, żeby mnie i moim siostrom zabrakło sportu. Na początku wahałem się między nartami a hokejem, bo łyżwy też bardzo mi się podobały. Zacząłem od hokeja. Rodzice zawsze odwozili mnie na trening, ale umowa między nami była taka, że powrót muszę zrobić pieszo. Kilometr. Z torbą. Wieczorem. Poniżej zera. Czasem po śniegu.
Dlatego postanowiłem przejść na narty – wtedy po treningu nie musiałem się mordować z powrotem do domu. Mama często zabierała nas na narty i to po niej wziąłem charakter i pasję. Była pierwszą kobietą instruktorką w szkole narciarskiej w Cortinie, instytucji dawnej i dość tradycjonalistycznej. Według jej statutu zawód instruktora był czysto męski, ale moja mama tak się uparła i tak naciskała, że musieli ją przyjąć. Twardą głowę też po niej odziedziczyłem. Jeździliśmy wszędzie razem i nauczyła mnie wszystkiego.
Lubiliśmy skakać, jeździć po świeżym śniegu albo wytyczać ścieżki między zagajnikami. Mieliśmy dokładnie ten sam odważny i awanturniczy charakter. Kiedy nie miałem zaplanowanej lekcji narciarstwa, po powrocie ze szkoły i tak biegłem zakładać buty i jeździłem, dopóki wyciągi były czynne. Nie miałem idoli ani szczególnych celów. Nie marzyłem o byciu mistrzem ani o startach w Pucharze Świata. Chciałem tylko jeździć na nartach, tak jak ona.
Moja mama zginęła w wypadku na nartach, gdy ja miałem 15 lat, a moje siostry 17 i 11. To był nadmiar pewności siebie z jej strony. Zjechała poza trasą północnym żlebem Cristallo, który dziś nosi jej imię, Adriana. Jak za każdym razem, gdy organizowało się wyjazd, także wtedy poprosiła, żebym do niej dołączył, ale tamtego dnia powiedziałem nie. Wielokrotnie. Bo miałem szósty zmysł. To był głupi wypadek, narty się skrzyżowały i nastąpił upadek z sześciuset metrów. Nie było jak dziś, że można użyć telefonu. Ojciec rzucił się do niej, znalazł ją ze złamaniem otwartym, bardzo cierpiącą. Powiedziała mu: „Angelo, nie można umierać w taki sposób”. Pobiegł zrozpaczony wezwać pomoc. Ale umarła następnego ranka na stole operacyjnym.
Mojemu tacie przypadło najtrudniejsze zadanie: wychować troje dzieci, utrzymać dom i sklep zupełnie sam. Jest pragmatyczny, w takich sprawach prawie niemiecki. Pamiętam, że wracając do domu nazajutrz rano, powiedział nam: „To część życia. Na początku będzie ciężko. Ale pomagajmy sobie. Bo inaczej się nie da”. Wiem, że byłem dla niego źródłem niepokoju, bo widział we mnie ducha, oczy i chęć przygody, jakie miała mama. Za każdym razem wracałem do domu z nowym guzem albo z rozcięciem, a on mówił mi: „zostań w domu”.
Nawet gdy zostałem powołany do mojej pierwszej kadry B, nie rezygnował z rzucania docinków w nadziei, że zmienię zdanie. „Zbierzesz swoje doświadczenia – mówił – a potem rzucisz to wszystko i weźmiesz się za naukę, no”. Ale myślę, że w gruncie rzeczy wiedział, że nigdy nie mógłbym się bez tego obejść.
Jakiś czas temu opowiedział mi, jak kilka dni po wypadku zjawił się w domu trener klubu narciarskiego, żeby o mnie porozmawiać. Byłem już zapisany na zawody, ale wobec wypadku uznali może, że lepiej, żebym nie startował. „Ja tam pojadę i wystartuję, mama też by chciała. Więcej: pojadę i wygram”. Podobno tak odpowiedziałem, choć szczerze mówiąc, nie pamiętam tego. Nie było sposobu, żeby mnie przekonać, narty były moim życiem. Zawsze były rzeczą, która daje mi najwięcej radości na tym świecie, i nikt mi jej nigdy nie odbierze.
Prowadziła mnie pasja prosta, ale bardzo silna, którą odziedziczyłem po niej i którą zawsze pielęgnowałem sercem. Pod pasją jednak pozostaje ślad. Ślad tego, co się stało, wciąż tam jest, nawet jeśli go nie widać, nawet jeśli to część życia. Dlatego Cortina pozostaje najbardziej wzruszającym momentem mojej kariery: momentem wyjątkowym, przeżytym na tym samym śniegu, który oswajaliśmy razem i który dziś, na jednym odcinku, nosi także jej imię.
Góry zbudowane są na historiach ludzi, którzy je odkryli, wyrzeźbili, zdobyli albo zjechali. I na tym polega ich piękno. Góry są żywe i mają długą pamięć, jak słonie – a kiedy rano patrzę przez okno i widzę śnieg i stoki, wiem, że na zawsze zachowają też moją historię.
Kristian Ghedina dla MAGAZINE CORTINA 2021

